Dzisiaj sam urosłem w swoich oczach.
Potrafiłem być w jednym miejscu i momencie odpowiedzialny,
zdyscyplinowany, wyluzowany i mam nadzieję przekonujący.
Zadziwiałem się swoją chęcią wzięcia całkowitego ciężaru
nawiązywania kontaktów i promocji.
Czuję ze spisałem się dobrze, ale mam wrażenie że mogłem
osiągnąć więcej. Mimo wszystko uważam, że wziąłem forum
z prawie z marszu.
Otoczony znajomymi pokonałem/przełamałem się sam i załatwiłem
co było do załatwienia.
wtorek, 18 marca 2008
sobota, 1 marca 2008
Londyński sprint
Fantastycznie! Jesteśmy na miejscu, nareszcie inna kultura, inne powietrze, inne wszystko, wspaniale! Myślę sobie jakie to piękne miejsce, ludzie razem umieją żyć w harmonii...
Już po kwadransie czar pryska, ktoś pomylił kierunki i na siłę od wieków na wyspie zarażał tym innych.
Na całym świecie nawet 4 latek wie ze na czerwonym się nie przechodzi przez ulicę. Tu nie! To pewnego rodzaju gra! Czy przejdziesz cało czy dorwie Cię czerwony nie wiadomo czemu piętrowy potwór lub czarny obleśny kartofel czający się zawsze z tej strony z której się nie spodziewasz. Tubylcom ten rodzaj igrzysk sprawia niesłychaną radość. U turystów zaś produkcja adrenaliny przekraczać zaczyna normy.
Nie zaważająć jednak na przeciwności kraju na opak, porwałem aparat i z mocnym postanowieniem oswojenia miejscowych poszedłem w miasto. Niczym szczurek w labiryncie sterowany przez zachrypnięty głośnik tracę cały poranek, aby dostać się tam gdzie miejscowi pracują, bawią się jedzą i spotykają. Wypłynąłem z ciasnego, dusznego metra razem z rzeką spóźnionych ludków, którzy pędzą gdzieś przed siebie ciasnymi uliczkami.
W centrum wyciągnąłem przewodnik z zaznaczonymi miejscami od wieków odwiedzanymi przez azjatyckie wycieczki. Odnajduję je bez problemu. Dlaczego? W końcu nie tylko ja mam zamiar uwiecznić je w swojej cyfrówce. Podążanie za tłumem innych turystów nie powoduje problemu ze znalezieniem miejsc z pocztówek...
Problem zaczyna się gdy chcemy wprowadzić trochę własnej inwencji i nie trzymać się sztywnych wytycznych przewodników. O tak! Ktoś kto wymyślił jazdę pod prąd wpadł na pomysł umieszczania nazw ulic na tabliczkach umieszczonych pół metra, a może dwie stopy nad ziemią - naprawdę durne... Całe szczęście w ścisłym centrum ktoś to zauważył i poprawił.
Miasto ogromne i egzotyczne. To miasto już nie jest Angielskie, wydaje się że należy do wszystkich, to jest metropolia świata, ogromny kocioł w którym spotkały się autokary z Europy, Azji i Afryki. Wszyscy i wszystko zmieszane razem, z dodatkiem chilli i curry.
W brew temu co może się wydawać egzotyka tego miejsca nie jest odpychająca raczej ciekawa i godna uwagi. Szkoda tylko że środek miasta wieczorem oraz w weekendy jest prawie wymarły...
Aparat nadzoru niesłychanie rozbudowany, wszech obecne kamery i klikanie swoimi przepustkami do TfL... (Transport for London)
Udało się też coś nie coś poznać i obstrykać...



Już po kwadransie czar pryska, ktoś pomylił kierunki i na siłę od wieków na wyspie zarażał tym innych.
Na całym świecie nawet 4 latek wie ze na czerwonym się nie przechodzi przez ulicę. Tu nie! To pewnego rodzaju gra! Czy przejdziesz cało czy dorwie Cię czerwony nie wiadomo czemu piętrowy potwór lub czarny obleśny kartofel czający się zawsze z tej strony z której się nie spodziewasz. Tubylcom ten rodzaj igrzysk sprawia niesłychaną radość. U turystów zaś produkcja adrenaliny przekraczać zaczyna normy.
Nie zaważająć jednak na przeciwności kraju na opak, porwałem aparat i z mocnym postanowieniem oswojenia miejscowych poszedłem w miasto. Niczym szczurek w labiryncie sterowany przez zachrypnięty głośnik tracę cały poranek, aby dostać się tam gdzie miejscowi pracują, bawią się jedzą i spotykają. Wypłynąłem z ciasnego, dusznego metra razem z rzeką spóźnionych ludków, którzy pędzą gdzieś przed siebie ciasnymi uliczkami.
W centrum wyciągnąłem przewodnik z zaznaczonymi miejscami od wieków odwiedzanymi przez azjatyckie wycieczki. Odnajduję je bez problemu. Dlaczego? W końcu nie tylko ja mam zamiar uwiecznić je w swojej cyfrówce. Podążanie za tłumem innych turystów nie powoduje problemu ze znalezieniem miejsc z pocztówek...
Problem zaczyna się gdy chcemy wprowadzić trochę własnej inwencji i nie trzymać się sztywnych wytycznych przewodników. O tak! Ktoś kto wymyślił jazdę pod prąd wpadł na pomysł umieszczania nazw ulic na tabliczkach umieszczonych pół metra, a może dwie stopy nad ziemią - naprawdę durne... Całe szczęście w ścisłym centrum ktoś to zauważył i poprawił.
Miasto ogromne i egzotyczne. To miasto już nie jest Angielskie, wydaje się że należy do wszystkich, to jest metropolia świata, ogromny kocioł w którym spotkały się autokary z Europy, Azji i Afryki. Wszyscy i wszystko zmieszane razem, z dodatkiem chilli i curry.
W brew temu co może się wydawać egzotyka tego miejsca nie jest odpychająca raczej ciekawa i godna uwagi. Szkoda tylko że środek miasta wieczorem oraz w weekendy jest prawie wymarły...
Aparat nadzoru niesłychanie rozbudowany, wszech obecne kamery i klikanie swoimi przepustkami do TfL... (Transport for London)
Udało się też coś nie coś poznać i obstrykać...



Subskrybuj:
Posty (Atom)
